niedziela, 6 grudnia 2009

Słowo na niedzielę #54

Relikt z przeszłości. Nieraz ciągle świeży...

Podobno w Japonii fabrycznie w samochodach montowany jest... odtwarzacz kasetowy. Kiedyś o tym czytałem, dodatkowo jakiś czas temu (hmm, ze dwa lata?) w TVN Turbo był test jakiegoś nowego Lexusa, który to takowy sprzęt posiadał. Ciężko w to uwierzyć, ale PODOBNO tak jest. Wspominam o tym celowo, bo w tym tygodniu powróciły mi wspomnienia ze słuchania muzyki z taśmy. Nie wiem czy to przypał, czy nie mieć kaseciaka w samochodzie, swojej fury póki co nie posiadam, ale od czego jest ojciec? Skoro cały tydzień auto ma stać w garażu to może by tak z niego skorzystać? Jeżdżąc do pracy słuchałem te hip-hopy, które mi ocalały na taśmach. Są jeszcze na świecie pasjonaci magnetycznego nośnika, ale słuchanie po latach rzeczy w takiej jakości było dla mnie czymś doprawdy irytującym. Ta jakość, te szmery, łeee. Już wolę mocno porysowany winyl, na którym jest zawsze zajebisty klimat. Karramby, Liroye - jeju, jak ja mogłem tego słuchać 12 lat temu... Miałem też Kalibry, WWO, tylko że gdzieś się to wszystko zapodziało. W najmniej odpowiednim momencie... Cały urok.

Poczta Polska to zła instytucja. Od środy najbardziej zdumiewająca na świecie. Przynajmniej dla mnie. Nie wiem jak to możliwe, ale jak można zniszczyć stemplem digipack? Spora rzesza z Was wie do czego pije - do Kilku Numerów o Czymś Małpy. Pani z toruńskiej poczty tak napierdalała stemplem, że uszkodziła kartonowe opakowanie od płyty. Trzy wyłamane ząbki, mocno popękany tray i ślad po uderzeniu stempelkiem na okładce. Dzięki, wielkie kurwa dzięki. Nie będę zrzucał winy na Małpę, bo przedmiot zabezpieczył standardowo, ale żeby tak potraktować paczkę?! Co najlepsze identyczna sytuacja zdarzyła się kilkudziesięciu innym osobom. BTW to tak się wydaje płyty panie Wudoe. Reedycja Wyższego Dobra to zwykły CD-R w lichym digipacku (z zajebistym bądź co bądź designem) za 30 zł, a Kilka Numerów... to porządnie wydany LP wyprodukowany przez GM Records, czyli pewną markę (fakt faktem, że przeźroczyste tacki mają chujowe i do tych z Taktu się nie umywają nawet). I to wszystko za 15 zł, a inne atrakcje to są gratis od pewnego polskiego monopolisty... Kurwa, tyle płyt dostałem w tym tygodniu i akurat ta musiała być zniszczona?! Pudełko zawsze mogę wymienić, ale digi?!

Typowanie wyników w grupach Ligi Mistrzów nie szło mi za bardzo. Na swoją obronę powiem tak: kto by się spodziewał 4 punktów Rubina z Barcą? Albo pożegnania Liverpoolu? Męczarni Juve i Bayernu? Nikt. Nikt przy zdrowych zmysłach. W piątek rozlosowano grupy najbliższego mundialu, więc znów daje swoje typy. Pewno niecelne, ale pobawić się zawsze można.

Grupa A
Mam nadzieję, że Francuzom dostanie się za rękę Thierrego Henry. Nigdy nie pałałem do nich szczególną sympatią, wolę z reguły kibicować słabszym i tak będzie za kilka miesięcy. Jedyny prawdziwy atut RPA to własne boisko, bo piłkarsko mają do zaoferowania niewiele. Gospodarzom pomagają ściany i zwróciłbym uwagę także na klimat, który będzie kolejnym ich plusem. Liczę na Meksykanów i Urugwajczyków. Trochę ich fantazji i Francuzi mogą mieć olbrzymie problemy. Nawet wróżby Domenecha tu nie pomogą.

Grupa B
Argen-"jak im się zachce to wygrywają"-tynie kibicuję od nie pamiętam kiedy. Albo i dłużej. Eliminacje były ciężkie, ale historia lubi się powtarzać. Przypomnijcie sobie mundial sprzed 8 lat. Dwóch największych faworytów, którzy mieli zdmuchnąć wszystkich z powierzchni ziemi - Francja i właśnie Argentyna - nie wyszły nawet z grupy, a taka Brazylia, która zawodziła już w meczach eliminacyjnych zdobyła złoto. Liczę na taką powtórkę oraz magię (nie kunszt) Diego. Pozostała trójka wyrównana bardzo, ale stawiam na Nigerię - ponownie klimat może być wielkim atutem. Grecja? Eee, nudniejsza niż Niemcy. Korea? Sędziowie już nie pomogą. Albicelestes i Super Orły grają dalej.

Grupa C
Tak jak w poprzednim akapicie - historia lubi się powtarzać. Mundial w Brazylii i klęska dumnych Synów Albionu z "jakimiś" Amerykanami. Niby tylko 0:1, ale... tym razem chyba tak nie będzie. Capello dobrze ich poustawiał, nie ma gwiazdorstwa, a jest prawdziwa walka. Wielki faworyt do medalu, być może nawet złota. W fazie grupowej powinni mieć maksimum punktów. Sło-"dobija się powoli do czołówki po pokonaniu pewnej potęgi na P."-wenia, ale sorry, nie tym razem. Algieria? Był kiedyś Rabah Madjer co strzelił piętą w finale Pucharu Europy Bayernowi, ale było to ponad 20 lat temu. Stany Zjednoczone z tą dwójką powinny sobie poradzić. Nie tylko dlatego, że mają lepszych raperów.

Grupa D
Niemcy jakby źle nie grali to na Mistrzostwach Świata zawsze daleko zachodzą. Australia, Serbia i Ghana to dla nich żadni przeciwnicy tak naprawdę, więc miejsce pierwsze będą mieli. Kangurom sukcesu nie wróżę żadnego. Od dawna nie mają Hiddinka - nie mają nic. Serbia to solidny zespół, ale nie taki, który byłby w stanie ograć Ghańczyków w najwyższej formie. Afrykanie powinni zająć drugie miejsce, choć łatwo im to nie przyjdzie.

Grupa E
Wytypowanie zespołu, który zajmie pierwsze miejsce jest dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia. Kompletnie nie wiem co myśleć. Najłatwiej by było napisać, że Holandia, ale z nimi na mistrzostwach nigdy nic nie wiadomo. Dania i Japonia to zgrany kolektyw, więc jest to ich największy atut. Nie wiadomo jak to będzie z Kamerunem, bo obawiam się, że za dużo może tu zależeć od formy Eto'o i innych gwiazdeczek. Tu wszystko się może zdarzyć.

Grupa F
Włochy i Paragwaj. Wątpię czy Janek Mucha powstrzyma napastników obu ekip. Jego koledzy z pola to przeciętniaki. O Nowej Zelandii nie wspominam z litości, ale 4 lata temu grał pewnien Trynidad i wszyscy pamiętamy jak to się skończyło... Beka ze Szwecji, co?

Grupa G
Grupa śmierci. Brazylijczyków żeby nie zjadła tylko pewność siebie, bo obecnie grają najpiękniej na świecie (no dobra, razem z Hiszpanami). Tak jak wspomniałem wcześniej - żeby nie było powtórki z Korei, tym razem z zamianą ról między podopiecznymi Dungi a ich odwiecznymi rywalami. Canarinhos to także faworyt numer jeden całych mistrzostw. Wybrzeże Kości Słoniowej od kilku lat gra świetnie (pamiętacie mecz z Argentyną w '06?), więc uważam ich za czarnego konia i spodziewam się medalu. Nie żartuję w tym momencie. Portugalczycy raz potrafią zachwycić, raz rozczarować, ale przebłyski pojedynczych gwiazd mogą pomóc im nawet wygrać grupę. Uważałbym także na Koreę - oni raz już odprawili z kwitkiem ultrafoworyta w 66 roku...

Grupa H
Hiszpanie chyba lepiej trafić nie mogli. Każdy stracony przez nich gol będzie dla mnie sensacją. Młodzież szwajcarska miała coś zdziałać na Euro, co im kompletnie nie wyszło, ale obie ekipy z Ameryki powinna spokojnie (choć minimalnie) ograć. O Chile i Hondurasie nie wiem praktycznie nic, ale niech Costly promuje w świecie Ekstraklasę. Tu nie będzie ciekawie.

A jakie mam oczekiwania wobec samego Mundialu? Mam nadzieję, że będzie lepiej niż poprzednio w Niemczech i Azji, ale poziomu z 98 roku bym się nie spodziewał raczej. Mundial z Francji to dla mnie największy piłkarski sentyment, ale to historia już na inne karty. Do opowiedzenia może za pół roku przed inauguracją...

PS.
Dawno, dawno temu obiecałem recenzje Powrócifszy. Słowa dotrzymałem połowicznie, bo zjawiła się dopiero teraz. Szukajcie, namiary po części w blogrolce.

PS. 2
Beka roku, naprawdę (tajemnicza) beka roku :D

Na odsłuchu:
52 T.R.I.P.
Björk Homogenic
Clipse Til the Casket Drops
DJ Decks Mixtape IV
eMATei Palenie Mikrofonów Nie Powoduje Wack'a Ani Choroby w Wersach
Fashawn Boy Meets World
Massive Attack Blue Lines
Massive Attack Mezzanine
Qciek Vintage
Raca & PeeRZet Vis a Vis
Roux Spana 1nce Again: The Remixes
Sanhedryn Księżyc w Pełni
Scritti Politti Cupid & Psyche '85
Sean Price Kimbo Price
Skyzoo & 9th Wonder Cloud 9 the 3 Day High
Sobota Sobotaż
SumaStyli De Integro
T.I. Paper Trail
The Beatles Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
The Roots The Tipping Point
Warszafski Deszcz vs. O.S.T.R. Podsotrzyfszy

piątek, 4 grudnia 2009

Weekendowy Vibe #54

Fashawn "When She Calls"



Oddisee "Such is Life"



Kool Moe Dee "Death Blow"



Furia Futrzaków "Brokat"

czwartek, 3 grudnia 2009

Pięć Dwa - T.R.I.P.


Pięć Dwa
T.R.I.P.
My Music, 2009








Powoli robi się to nudne. W każdym zakątku świata hip-hopowcy w większości aż nadto inspirują się raperami zza Oceanu. Czeski G-Funk? Polski horrorcore? Hiszpański banger? Rosyjski trueschool? O zgrozo... Pojawiają się to coraz ciekawsze nazwy. Ale kim mają się inspirować? Jak nie chcą to może niech tworzą coś nowego? Jest taka scena, która ni stąd ni zowąd poszła w swoją stronę. Brytyjska. Wiley, Mike Skinner, Dizzee Rascal, Roots Manuva - to tylko ci najbardziej znani, którzy wnieśli trochę świeżości do hip-hopu. Czasem zdarzy się coś nowego także w Polsce. Jak na przykład nowa płyta Pięć Dwa.

Pomijam całą tą otoczkę związaną z wydaniem T.R.I.P., zwłaszcza kradzież materiału. Zajmijmy się muzyką, a jest naprawdę czym. Tak jak wspomniałem na wstępie nie jest to kolejna kopia kopii rapera X, którego już naśladował raper Y, a który sam nagrywał kilkanaście lat temu. Deep z Hansem znowu zaskakują, więc ich nowy album jest ciężko porównać do czegokolwiek, co wydali wcześniej. P-Ń VI to raczej czasy prehistoryczne, 6 lat w polskim rapie to bardzo dużo, w dodatku praktycznie było to solo Hansa, bez udziału Deepa. Zeszłoroczny Deep Hans był dobrą ciekawostką nawiązującą do obecnych dokonań RZA'y. Zupełną nowością w ich dorobku jest wydany kilka dni temu T.R.I.P.

Nie bez powodu na samym wstępie wspomniałem o brytyjskiej scenie. Krążek jest mocno osadzony w tamtejszych klimatach, rzadko spotykanym w Polsce, co jest niewątpliwym plusem. Ta "inność" nie jest jedyną zaletą. Drugą, i tą ważniejszą zarazem, jest sposób, w jaki ta muzyka została przedstawiona. Niekiedy odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z drugim Mezzanine (tak, tym Mezzanine od Massive Attack), a takie twierdzenie jest dość odważnym i mocnym komplementem. Powolne, niekiedy wręcz ślamazarne tempo oscylujące w granicach 80 BPM, jazzowy posmak i trochę breakbeatu. Dodając do tego trochę żywych instrumentów (w tej roli świetny Chris w "Bellissimo" oraz zespół Krzysztofa Powalisza) dostajemy klimat, który był w stanie zapewnić w Polsce do tej pory L.U.C. (kapitalnym skądinąd ostatnim 39/89 Zrozumieć Polskę). Od otwierającego "T.R.I.P." aż po "Papieros cz. 2". Pierwszy raz w Polsce trip-hop z rapem został połączony w sposób wręcz wzorowy.

Dobrze by było, gdyby Deep dalej szedł w stronę obraną na tym projekcie. Kolejne schodki w muzycznym rozwoju zalicza perfekcyjnie. Raperem jest przeciętnym, czasem trafią mu się linijki, które na dłużej zostają w pamięci ("Spadłem"), ale w tej kwestii przoduje zdecydowanie Hans. Muzyka jest tu najważniejsza, ale jego liryka jest jej doskonałym uzupełnieniem i te dwa świetnie ze sobą współgrające elementy tworzą jedną spójną całość. Hans potrafi rapować, niekiedy wręcz poetycko i trzeba doszukiwać się "drugiego dna" - "Odblokuj", "Siła Nocnych Koszmarów" i "Spadłem". Rap obu panów urozmaica dodatkowo trochę wokalnych sampli (plus świetne scratche DJ'a Wu), śpiew Anny Przybylskiej oraz "zagraniczny" Allyawan".

Nowa muzyka Pięć Dwa niekiedy może być trudna w odbiorze dla konserwatywnego fana rapu, a niekiedy nawet asłuchalna. To rozumiem, ale dotrzeć do mnie nie może, dlaczego niektórzy zawodowi recenzenci przekręcają nazwę zespołu, skoro jest napisana jak wół na okładce. To tak puentując w przedostatnim zdaniu na koniec. Ostania teza niech będzie następująca - poznaniacy nagrali dobry i świeży album.

PS.
Książeczka podaje informację, jakoby wokalistką w singlu "Spadłem" była Anna Przybylska, natomiast klip mówi o Annie Berni. Komu i czemu tu wierzyć?

Wokale:
Hans, Deep, Anna Przybylska, Bartek "Chupa" Zawadzki, Allyawan.

Produkcja:
Deep, Bobik, Radek "Zova" Łabuś, Krzysztof Powalisz Swing Combo.

Ocena: 7 / 10

wtorek, 1 grudnia 2009

Krótko i na temat: Blackout!


Method Man & Redman
Blackout!
Def Jam, 1999








Kontynuując wątek redmanowo-sermonowy zaczęty dwa tygodnie temu, tym razem dorzucam do nich Method Mana i otrzymuję jeden z najbardziej nielubianych przeze mnie albumów. Powtórzę raz jeszcze - NIELUBIANYCH. Nie lubiłem, nie lubię i wątpię, żebym kiedykolwiek darzył jakąkolwiek sympatią to dzieło. Spora część osób, którzy dłużej mnie czytają wiedzą o mojej niechęci do Blackout!, niektórzy mocno się dziwili kilka miesięcy temu, kiedy w którymś z komentarzy wyraziłem dezaprobatę do ich pierwszego wspólnego LP. Dzieje się tak dlatego, bo styl Metha kompletnie mi nie pasuje pod produkcje Sermona, a Funk Lord jest aż na dziewięciu podkładach. U RZA'y było zajebiście, czy na Wu, czy na pierwszym solo, ale tu na dwóch beatach swojego "starego przełożonego" wypada średnio. Dla mnie. Jest jeszcze wypadkowa między Erickiem a Rakeemem, czyli Mathematics i Gov Mattic, ale to nie to samo. Reggie natomiast zawsze spoko. Te historyjki o jaraniu? Nie dla mnie. "Da Rockwilder" fajny banger. Jest też LL w "4 Seasons", ale po co Ja Rule? Na siłę plusów szukać nie muszę, bo takowe album oczywiście posiada, a pierwsze co się rzuca w oczy (uszy) to idealna chemia pomiędzy panami. Nie marudząc już więcej - ja tu nic dla siebie nie znalazłem. A na hejty to uważajcie, bo nie powiedziałem, że to słaba płyta.

poniedziałek, 30 listopada 2009

A gdyby tak padał deszcz...

Taka mała adnotacja do wczorajszego wpisu o moich koncertach marzeń. Co by było gdyby wtedy padał deszcz? Parrisha, Taliba i Hi-Teka co prawda nie wymieniłem na swojej liście (choć na początku EPMD przewijało mi się w myślach) to podczas "niekorzystnej" aury chciałbym usłyszeć te dwa numery na żywo.

Co tu dużo mówić - dwa klasyczne kawałki. "Rugged N Raw" pochodzi z drugiej solowej płyty PMD - Business is Business - wydanej w 1996 roku nakładem Relativity Records. Jest to remix (choć niewiele różniący się od oryginału) z gościnnym występem Skooba i Dre, czyli Das EFX. "I represent the hardcore" - tak on kiedyś wyglądał. Wspaniałość okraszona pięknym i klimatycznym klipem.



Drugi utwór jest młodszy o cztery lata. Talib Kweli i Hi-Tek są jednymi z ulubieńców polskich truskulowców, niektórzy Pociąg Myśli traktują niemalże jak Biblię. Fantastyczna płyta, kończąca piekielnie mocną ubiegłą dekadę. Podobnie jak u poprzednika mamy cudny klip. Tylko gdzie jest ten śmiech Vinii?!



Wyboru lepszego klipu i utworu nawet się nie podejmuję... Klasa, klasa sama w sobie.

niedziela, 29 listopada 2009

Top10: ci, których chciałbym zobaczyć na żywo.

Wczoraj na jednym z portali społecznościowych jeden z moich znajomych podał swoją piątkę artystów, których chciałby zobaczyć na żywo. 5 to trochę mało, ale jako pan oraz władca tego miejsca mam możliwość powiększenia tej liczby, postanowiłem skorzystać z tego przywileju i powiększyć listę do standardowej ilości, czyli 10. Ograniczyłem się tylko do hip-hopu, ponieważ o nim ten blog w głównej mierze traktuje. Ciekawskim powiem, że w "niehiphopach" znalazłyby się z całą pewnością Pink Floyd, Curtis Mayfield, Marvin Gaye, The Beatles, Björk, D'Angelo, Miles Davis, Sly & The Family Stone i Parliament. Części z nich nie będę widział z oczywistych względów, pozostałych może kiedyś... Kto wie?

Postawiłem tylko na raperów z USA z prostego powodu: z nimi jest trudniej. Z Polski tego kogo chciałem posłuchać to już słyszałem, zostało jeszcze paru, ale z tym nie powinno być problemu. Gorzej z kolebką rapu, więc większość tutaj obecnych pozostaje w sferze marzeń, która i tak nie zostanie zrealizowana, jak N.W.A., Native Tongues czy D.I.T.C.

Nie przeciągając... Postanowiłem przyznać dwa miejsca specjalne. Te dwie postacie, które się tu znalazły są absolutami. Mówiąc krótko: mijają się z wszystkimi rankingami.


Waszka G

Miały być postacie tylko ze Stanów. Baa, nie znalazło się tu nawet francuskie IAM, których chciałbym koniecznie obejrzeć na żywo w Egipcie pod piramidami (jak tutaj np.). Zawsze są jednak wyjątki od reguły, więc jednym z takowych jest pewien Damian z Inowrocławia, szerzej znany jako Waszka G.

Oczywiście chciałbym usłyszeć na żywo masakryczny diss na Przybora (najlepiej kiedy ten konfi stoi pod sceną, a tłum czeka na magiczne słowo pana D.), "Biedaków" czy klasyczne "Życie Ostre Jak Maczeta", jednak najważniejsze są dwie sprawy. Pierwsza to, że chciałbym widzieć jak to nawija się do maczety, a druga czy naprawdę można być tak głupim.


Jay-Z

Hova nie trafia na właściwą listę z jednego względu - posłuchać go live to mus, więc jedno miejsce od razu się zwalnia. Poza tym jest to mój ulubiony raper - to jest drugi powód (i ten ważniejszy), dla którego tu nie trafia. To jest oczywiste marzenie. Kilka numerów z Reasonable Doubt, pierwszego Blueprinta i Black Album - to tak na początek bym poprosił. Najlepiej niech zacznie od "Can't Knock the Hustle", potem "99 Problems" i "Encore". Chwila spokoju w postaci "Girls, Girls, Girls" i jestem wniebowzięty. W miarę coraz lepszego (i tak już doskonałego) show niech będzie American Gangster. A reszta? Cóż, w jego przypadku może grać swoje najsłabsze numery, które i tak wyprzedzają o lata świetlne konkurencję. Kto nie wierzy niech sprawdzi koncert Unplugged nagrany z The Roots albo klasyczny Fade to Black. Aha, i ten diament na sam koniec - musi być obowiązkowo!

Czas na właściwą listę. Wybór był trudny, kilkunastu artystów musiało obejść się smakiem. Wybór subiektywny, proszę nie pisać dlaczego nie ma tego, zamiast tego itd. No i kolejność alfabetyczna. Jedziemy. Daje każde pieniądze za ich występy.


Blackalicious

Gift of Gab bez Chief Xcela jest jak Lech bez Jarosława, z tą różnicą, że Blackalicious jest tworem doskonałym, a o partii braci Kaczyńskich tego powiedzieć nie można. Ale odbiegając od polityki i metafor z nią związanych, jedną z pierwszych rzeczy, które przyszły mi na myśl tworząc tą listę był duet z Kalifornii. Jak najwięcej rzeczy z NIA i Blazing Arrow. Parker rapujący na żywo "Cliff Hanger"? To musi być majstersztyk. Pierwsze sekundy w "Making Progress" - musiałbym to zobaczyć, bo słuchając tego w domu to nie wierzę, że nie było ingerencji DJ'a. Niech jeszcze pojawi się Rakaa i będzie się działo w momencie grania "Passion". Na pożegnanie "Supreme People" z The Craft, parę numerów z pierwszego solo Gaba i na koniec secik od Shadowa, który to by pojawił się znienacka na scenie...


D.I.T.C.

Sprawa jest prosta - chłopaki niech grają kawałki ze swoich solówek, bo z pierwszego wspólnego albumu zniósłbym tylko "Thick", "Get Yours" i "Way of Life". Druga płyta to już nie tamto D.I.T.C., więc out. Liczyłbym na przechwałki Big L i Lorda Finesse'a, punche Diamonda i rozkminki A.G. i O.C. Większość materiału musiałaby być z solówek poszczególnych postaci, z naciskiem na Jewelz i Funky Technician. Debiut Lamonta za ciężki na koncerty jest. Wybrałem "kopaczy" zamiast Guru i Premiera, dlatego że koncert byłby bardziej różnorodny, a i więcej ciekawych numerów by się znalazło. Z całym szacunkiem dla Gang Starra, sorry. BTW Fat Joe to wack.


Juice Crew

"The Symphony" - i wszystko jasne. Najlepszy i najsłynniejszy posse cut w dziejach na żywo jest jedną z rzeczy, które chciałbym zobaczyć i usłyszeć. Cała ekipa na jednej scenie, wolne style Big Daddy Kane'a i Biz Markiego, pierwsze oldscholowe rzeczy od Masta Ace'a i MC Shana itd., itd. A nad tym wszystkim czuwa mistrz - Marley Marl. Nie zapominajmy też o kobietach - Roxanne Shanté. A może jakieś nowe dissy by się pojawiły?


Lil Wayne

Ja doskonale wiem, że Magik jest lepszy od Weezy'iego, a Wu-Tang Clanu to już słuchałeś jak miałeś dwa lata, ale teraz idź się poucz na klasówkę z biologii. Jeśli Lil Wayne to przede wszystkim trzeci Carter. Pozostałe jego płyty są z tych spoko, mnie nie ujęły. Nie zmienia to jednak faktu, że chiałbym zobaczyć jak brzmi na żywo zmienne tempo w "Playing with Fire" czy podśpiewywanie w "Shoot Me Down". W ogóle to całe chore flow przedstawione na scenie to musi być "coś". Dodatkowo parę numerów z gościnnych występów. O tak, to musi być dobre. Show gwarantowane. Tylko proszę, bez T-Paina na scenie...


N.W.A.

Nie wykrzykuję pustych haseł pokroju "HWDP" (no OK, "CHWDP" jak kto woli), ale raz w życiu mógłbym zrobić wyjątek. Byłoby to na koncercie N.W.A. w momencie kiedy to Ice Cube bądź Eazy-E nawołuje do sceny do donośnego okrzyku "fuck tha police". Najlepiej przed kordonem policji, która stoi przed sceną. No i ta genialna muzyka, tylko jakby to wszystko miało wyglądać? Muzyka z okresu z Ice Cubem w składzie czy już po jego odejściu? A może mieszanka wybuchowa, czyli to i to? Mi tam pasuje, dobrej muzyki nigdy za wiele, a od niegrzecznych chłopców to już w ogóle. Tylko żebym nie zapomniał zabrać ze sobą swojej Beretty, bo to różnie może być...


Native Tongues

Miało tu być samo A Tribe Called Quest, ale poszedłem na łatwiznę i dałem cały kolektyw Native Tongues. Q-Tip i spółka na jednej scenie z De La Soul? Poproszę. Da Bush Babees, Jungle Brothers i Black Sheep? Niech będą. Można wymienić wszystkich po kolei, ale po co? Niech wejdą wszyscy na scenę, najlepiej na jakimś hip-hopowym jamie, przypominającym pierwsze imprezy Kool Herca. No chyba, że ATCQ zapragną zagrać całe Low End Theory, to niech odbędzie się to w jakiejś małej, zadymionej jazzowej kawiarence. A może coś z ich debiutu plus 3 Feet High and Rising? To już otwarty stadion niech będzie. "Rhythm (Devoted to the Art of Moving Butts)" i "Me Myself and I" rozgrzewa stutysięczny tłum - mistrzostwo. Ale nie, jednak nie. Jam będzie najlepszy. Byłoby to coś wielkiego.


OutKast

Najlepszy skład hip-hopowy jaki kiedykolwiek powstał. Tak mówię od kilku lat i nie zmieniło tego nawet Idlewild w 2006 roku. Bliższe stylistycznie są mi oczywiście wspomniane już De La Soul czy ATCQ, a nawet Brand Nubian, ale to OutKastów darzę największą sympatią. Cztery wybitne albumy: Southernplayalisticadillacmuzik, ATLiens, Aquemini i Stankonia, jeden świetny w postaci Speakerboxxx/The Love Below i "zakała" jak ich ostatni album (choć takich "zakał" chciałbym jak najwięcej). Konkretny numer, który chciałbym usłyszeć ciężko wskazać. Powiedzmy, że chłopaki losują 20 kawałków z pierwszych pięciu albumów i jestem w siódmym niebie. A jeśli trafi się coś z Idlewild też źle nie będzie, bo wierzę, że po "Chronomentrophobii" zagrają np. "Hey Ya!" albo "Rosa Parks". Najbardziej ciekawi mnie to jak Andre poradziłby sobie z refrenem w "Millennium"... To musi być przebłysk geniuszu. A gościnnie poproszę chłopaków z Goodie Mob.


Public Enemy

Koncerty grają świetne i ich wartość historyczna jest spora, więc liczyłbym na powtórkę w obecnych czasach. Chuck D jako główny MC, Flava hypeman doskonały, Terminator X ze swoim kunsztem na gramofonach. Niech będzie wszystko co najważniejsze, plus kilka solowych kawałków i obowiązkowo "I Don't Wanna Be Called Yo Niga" z Apocalypse 91… The Enemy Strikes Black. Z wizytą niech wpadną jeszcze Ice Cube i Big Daddy Kane, niech zagrają "Burn Hollywood Burn" i zobaczylibyśmy czy Jack Nicholson wtedy byłby tak wesoły...


Redman

Od Reggiego chciałbym usłyszeć wszystkiego po trochu, pomijając może rzeczy z Dare iz a Darkside, dlatego że stylistycznie nie pasują do reszty. Najlepiej by było jakby najwięcej grał z Whut? Thee Album, obowiązkowo z "Jam 4 You" (plus na bis). Jako hypemana widziałbym... Keitha Murraya. W jego przypadku określenie "hypeman" jest trochę krzywdzące, no ale to Reggie ma być gwiazdą wieczoru, ale mógłby dać kilka rzeczy ze swoich dwóch pierwszych płyt. I obowiązkowo przed koncertem byłaby licytacja z ziomkami, ile to Reggie wypalił towaru, aby zadowolić zgromadzoną publiczność. Szaleniec, ale za to jaki. Klasyk za klasykiem, mnóstwo funku i dobrego humoru.


The Roots

Najlepsza koncertowa kapela świata - tak mówią, dlatego tu trafiają. Skoro mówią tak wszyscy to coś musi w tym być. Słyszałem tylko kilka kawałków zagranych na żywo i zrobiły na mnie ogromne wrażenie. To wystarczy. A nowy album już wkrótce... Bo wiecie - gdybym był perkusistą, to chciałbym grać tak jak Questlove, a gdybym rapował to jak Black Thought. A i Rahzel jakiś mały beatbox by mi wtedy dał.

Słowo na niedzielę #53

Zgadnij, który to Tone Lōc?

Tydzień temu przed zajęciami wszedłem do sklepu po jakieś skromne zakupy. Staję w kolejce, zdejmuję słuchawki, a tu nagle rozlega się dobrze znajomy dźwięk. Było to "Wild Thing" Tone Lōca. Odwracam się, a tu za mną stoi koleś, niewiele starszy ode mnie, normalnie ubrany, a nie jakiś hip-hopowiec (zresztą sam nie przypominam ziomka z bloków, tylko jak to mówił Afrojax - chudego, brytyjskiego pedała). Zaciekawiło mnie to, ponieważ bardzo rzadko spotykam osoby, które słuchają tak starych kawałków, a druga sprawa to to, czy słucha tego, bo mu się podoba, z sentymentu, a może prostu trafił na losowy utwór. To jest mało ważne, ale szacun w każdym bądź razie.

Koleś dał sporo do myślenia, mimo tak błahej sprawy jak jeden megaklasyczny kawałek na plejerce. Właśnie, jaka jest znajomość klasyki? W większości nikła bądź jak u Panasewicza - mniej niż zero. Parę dni później, w czwartek, pojawiła się lista 200 hip-hopowych klasyków, które trzeba znać (niestety, zgubiłem link, ale pojawił się wtedy w shoucie, więc ktoś obczaił na pewno). Sprawa jest o tyle łatwiejsza, że duża część tego to pojedyncze utwory, więc można szybko nadrobić zaległości i nie trzeba pisać później takich kwiatków jak to, że Terminator X miał w PE gorsze flow od Chucka D, RJD2 jest twórcą abstractu, 2Pac okazywał na prawo i lewo szacunek do kobiet, albo że drugi Chronic pochodzi z 2001 roku. Zero jakiejkolwiek podstawowej wiedzy. Bo nawet Red (BTW mocno ogarnięty typ, zazdroszczę mu jego wiedzy o rapie) ostatnio wspominał w wywiadzie, zapytany o Zeusa - "(...) znam Zeusa osobiście i jest to najlepszy raper z młodego pokolenia. Zajebiście rapuje, a wiesz dlaczego? Bo zna i szanuje stary, dobry amerykański rap. Do bycia dobrym raperem nie jest ważne to, skąd pochodzisz; z Polski, z Chin czy z Azerbejdżanu. Ważne abyś znał historię Hip Hop'u.". Moje zdanie jest identyczne. To jest ważne. Więc zanim ktoś zacznie coś pisać, nie mając zielonego pojęcia w temacie, niech się dowie o podstawach, a nie głosi swoje teorie, które potem łykają młodsi i powtarzają na różnych forach. Ładny przykład dają co niektórzy, nie ma co. Żeby cokolwiek powiedzieć o rapie, to trzeba najpierw coś o nim wiedzieć. A tego nie pozna się z dnia na dzień, więc sorry. Nie to, że dissuje tego czy tamtego, ale stwierdzam fakty. Ja nie pisze o trance, bo po co?



Z polskim hh nigdy nie było za dobrze (paradoksalnie jest to w miarę dobry rok, ale przewaga gówna nad dobrymi rzeczami nadal jest zatrważająca), ale to co się dzieje ostatnio to już w ogóle... Tym razem mam na myśli Mezo oraz "duet artystyczny" - Pono i Sokoła. Zacznę może od tego pierwszego. Koleś stracił u mnie całkowicie szacunek, na który pracował bądź co bądź tylko na początku swojej kariery. Inaczej być po prostu nie może, bo kawałka "Extra Clubbing" z DJ'em Remo nie można traktować nawet jako żart. Eudaimonia czy Słowo Ma Moc to była typowa popowa papka dla mas z elementami hip-hopu, ale wideo, które kilka dni temu pojawiło się w internecie wzniosło obciach na jeszcze wyższy level. Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, że Jacek ma potencjał, ale w polskim hip-hopie nikt go tak nie zmarnował. Absolutnie nikt. Z niego już nigdy nic nie będzie, teraz czas na granie koncertów w miejscowościach do 5000 mieszkańców. Na więcej liczyć nie może.

Podobnie jest z Sokołem i Pono. Dwójka, która w początkowym okresie swojej działalności robiła dobrą muzykę (jak na tamte czasy), to teraz stacza się po równi pochyłej. Od innych zipów dużo wymagać nie trzeba, ale na tą dwójkę zawsze można było liczyć. Tak do 2007 roku, do czasu premiery Teraz Pieniądz w Cenie. W większości słabe teksty, zła muzyka, czyli płyta pomyłka z paroma dobrymi momentami. Rok później ukazuje się następca, czyli Ty Przecież Wiesz Co. To już nie "płyta pomyłka", tylko "płyta żart". Miał być powrót do korzeni i co wyszło? Taki połowiczny back in the days, bardzo słaby. Na dniach ukazuje się To Prawdziwa Wolność Człowieka, tym razem podpisana jako Pono feat. Sokół. W pierwszej chwili myślałem, że tym razem będzie to prawdziwy powrót w stare czasy i mocno się przeliczyłem. Jest jeszcze gorzej niż na dwóch poprzednich albumach. Pomijam słabiusieńki beat, niepasujący vocoder czy lipne liryki, ale chyba lepiej by było, żeby panowie dali sobie spokój z rapem na jakiś czas. Sokół niech zajmie się biznesem, albo płytą z Sadowską, a Pono... Sam nie wiem, co ma robić, ale odpoczynek dobrze by mu zrobił. Z nich też już więcej się nie wyciągnie...

Welcome to the Minstrel Show!

Nie mam czasu na prowadzenie na blogu gimbusiarskich cykli pokroju nabytków płytowych czy ładnie wydanych płyt, które to są maksymalnym obciachem i są kompletnie pozbawione sensu, ale dzisiaj zrobię wyjątek. Nie po to, żeby się pochwalić ile to już mam albumów bądź jak to czy tamto jest wydane, ale po to, żeby być może się czegoś dowiedzieć. Dosłownie może ktoś z Was mnie poinformuje jak to jest naprawdę. W tym tygodniu kupiłem (i dostałem) kilka pozycji, z czego dwie są dość interesujące, nie tylko ze względu na muzykę. Na pierwszy ogień niech idzie L'école Du Micro D'argent. Z francuskich hh jestem mocno na bakier i nie mam praktycznie o nim zielonego pojęcia, ale drugi album IAM podoba mi się i to nawet bardzo. Jednym z numerów, które darzę szczególną sympatią jest "Libere Mon Imagination", którego to na moim egzemplarzu najzwyczajniej w świecie nie ma. Zamiast niego jest utwór "Independanza". Szukałem informacji czemu to tak jest i jedyne czego się doszukałem to to, że są dwa wydania - pierwotne z 1997 roku oraz z '98. Ja trafiłem na to drugie. Za cholerę nie mogę się dowiedzieć czemu "Independanza" zastąpiła tamten kawałek... Mimo że jest świetna to trochę psuję ogólny klimat swoim funkowym brzmieniem, nieco odstającym od reszty. Masz Ci los... Dlaczego tak zrobili?

Drugim albumem, o którym chcę wspomnieć jest The Minstrel Show. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z "fabrycznym zabezpieczeniem przed kradzieżą". Chodzi o mały kawałek metalu przyklejony pod traya. I teraz najciekawsze - jest to naprawdę zabezpieczenie fabryczne. Sklep Step (czy nawet dystrybutor albumu - Atlantic) nie mógł tego zrobić, ponieważ album był w fabrycznej folii (z oldskulowym paskiem na bokach), a dodatkowo na swoim grzbiecie posiadał banderolkę jak to jest w wydaniach zza Oceanu. Rzecz ciekawa, w życiu nie spotkałem się z czymś takim... Nawet szkoda mi wymieniać traya, mimo braku jednego ząbka (co mnie zawsze najbardziej wkurwia - wyłamane ząbki), bo pamiątka jakaś musi być. Ci co to mają, też tak trafili?

Okej, wystarczy Słowa..., i tak wyszło bardziej "muzycznie" niż zwykle. Jeszcze dzisiaj mam zamiar dać jeden duży wpis, choć jest to uzależnione od ilości zielonego Okocima. Jak nie dziś, to jutro.

PS.
Czekajcie na Duże Rzeczy.

PS. 2
Barca - Real 3:1.

PS. 3
Tylko Wy możecie uratować ten rok. Bracia Thornton - musicie.



Na odsłuchu:
Björk Homogenic
Cee-Lo Cee-Lo Green and His Perfect Imperfections
CunninLynguists Strange Journey Volume Two
IAM L'école Du Micro D'argent
Idle Warship + Mick Boogie Party Robot
Klaus Schulze Cyborg
Klaus Schulze Irrlicht
Little Brother The Minstrel Show
Masta Ace & Edo G Arts and Entertainment
Moe Pope and Headnodic Megaphone
Prys Bleiz Wroakland Mixtape
Sadat X Wild Cowboys
Shurik'n Où Je Vis
T.I. King
Tech N9ne K.O.D.
The Roots The Tipping Point
The U.M.C.'s Fruits of Nature
The U.M.C.'s Unleashed

piątek, 27 listopada 2009

Weekendowy Vibe #53

Mark Ronson "Ohh Wee feat. Ghostface Killah, Nate Dogg, Trife"



Blackalicious "The Craft"



BiszOerKay "Żyję w Tym Mieście"



Curtis Mayfield "Move on Up"